Trolltunga

TROLLTUNGA 2011

Krew, pot, ból i łzy… Tak w skrócie można opisać naszą wyprawęJ Można, ale rozwinę te 4 słowa, bo warto!

W sobotni poranek grupa 13 śmiałków stanęła u podnóża góry. W świetnych humorach, gotowi na ekstremalne przeżycia i tak naprawdę nie do końca świadomi, co nas czekaJ Pogoda nie zachęcała do wyprawy, ciężkie chmury wisiały nisko nad ziemią, ale nam duch przygody nie pozwolił się wycofać. Zdrowy rozsądek zaś ustąpił miejsca ekscytacji! Krótka odprawa, przegląd sytuacji i w drogę.

Ruszyliśmy ostro w górę, choć nachylenie na podejściu jest dość spore i wynosi 42 stopnie. Podejście okazało się mordercze, od razu musieliśmy skorygować tempo marszu i przejrzeć garderobę. Po pokonaniu pierwszego odcinka było już łatwiej. Naszym oczom ukazał się skalisty płaskowyż, więc dziarsko ruszyliśmy dalej. Przystanęliśmy na chwilę w małej chatce, by uzupełnić płyny, coś zjeść.  Szliśmy w strugach deszczu, który ani na chwilę nie odpuszczał, a momentami lał niemiłosiernie…  Dobrze, że humory nam dopisywałyJ / zdjęcie grupowe /

Droga była długa, a trasa dość wymagająca, musieliśmy przeskakiwać przez wzbierające strumyczki i omijać bagniste fragmenty trasy. / moje zdjęcie, gdy przeskakuję przez strumyk /

Za półmetkiem pojawiło się zwątpienie… Czy damy radę? Czy to bezpieczne? Jak daleko jeszcze? Wątpliwości potęgowali dobrze wyposażeni do wędrówki turyści, którzy mijali nas, zawracając z trasy. Jednak wzajemna motywacja i pomoc współtowarzyszy mobilizowała nas do dalszego wysiłku. Ciągłe powtarzanie… „jeszcze kawałek, jeszcze tylko to podejście, jeszcze ten przesmyk, jeszcze ten pagórek…” i szliśmy. Każdy ze zmęczeniem radził sobie na swój sposób. Jedni śpiewali, inni opowiadali historyjki i dowcipy, jeszcze inni milczeli… / zdjęcie jak idą gęsiego / I wreszcie, gdy byliśmy już przemoczeni do suchej nitki, u kresu sił po 6h morderczej wędrówki w ulewnym deszczu, naszym oczom ukazał się on – Język Trolla. Z daleka wydawał się całkiem niepozorny, ot taki sobie kawałek skały zawieszony nad przepaścią, ale z bliska nabrał innego znaczenia. Budził podziw i respekt. Udało się! Dotarliśmy!

Gdy już wszyscy doszliśmy do miejsca, z którego mogliśmy podziwiać nie tylko Trolltungę, ale także cudny widok dookoła, gdy było nam już wszystko jedno, czy mamy na sobie suche czy mokre rzeczy, a buty są oblepione błotem.. wyszło słońce! Świeciło tak pięknie i  tworzyło tak niesamowity klimat, że z wrażenia dech nam zaparło! Odebraliśmy to jako nagrodę za naszą wytrwałość, upór i determinację. Na języku każdy musiał zrobić sobie zdjęcie, każdy chciał choć na chwilę usiąść na krawędzi skały i poczuć adrenalinę. I to niesamowite uczucie, gdy na skale stanęliśmy wszyscy… / grupowe /

Później szybka zmiana garderoby, dzielenie się suchymi rzeczami, kawa, kanapka i w drogę powrotną.

Słońce towarzyszyło nam podczas powrotu. Dopiero teraz mogliśmy podziwiać krajobraz i zrobić zdjęcia upamiętniające wycieczkę. / coś wybierz /

Schodziliśmy grupami. Każdy bardziej lub mniej odczuwał trudy wyprawy. Strumyczki, które z łatwością pokonywaliśmy przed południem, nabrały wody i zamieniły się w rwące potoki odcinające nam drogę. Skały były mokre i śliskie, więc trzeba było bardzo uważać przy zejściach, tym bardziej, że nie ma tam żadnych zabezpieczeń w postaci lin, łańcuchów, czy choćby drzew, na których można byłoby się wesprzeć. Udało nam się jednak pokonać płaskowyż dość sprawnie, niestety najgorsze było dopiero przed nami. TO mordercze podejście, które dało nam się we znaki na początku, okazało się również selekcjonerem przy zejściu, tym bardziej, że nadchodził zmrok i znów zaczął padać deszcz.  Nasi panowie starali się uruchomić stojący u szczytu wagonik kolejki, którym miejscowi dojeżdżają do hytt, lecz bezskutecznie. Próby dodzwonienia się pod numery telefonów podane na tablicy informacyjnej przy kolejce, również nie przyniosły rezultatu. Pozostało nam zejście o własnych siłach, których każdy z nas miał coraz mniej..

Zejście było koszmarne. Śliskie kamienie, mokre korzenie, błoto i spływając a z góry woda, a do tego robiło się coraz ciemniej… Nikt nie zwracał uwagi na to czy idzie po błocie czy po wodzie, byle szybciej zejść na dół. Nie wiem, jak długo schodziliśmy, wtedy wydawało mi się, że trwa to całą wieczność. Wszyscy sobie pomagali, nawoływali się i co kawałek sprawdzali, czy jesteśmy w komplecie. Drogę oświetlaliśmy latarką i komórkami, które mocno eksploatowane odmawiały posłuszeństwa.

Gdy dotarliśmy na parking, było już zupełnie ciemno, a zegarki wskazywały 22.00. Wyczerpani rozjechaliśmy się na nocleg.

Wtedy nie mówiliśmy wiele. Każdy na swój sposób radził sobie z wycieńczeniem i emocjami, których było mnóstwo. .. łzy, złość, bezsilność, niemoc, ból, zmęczenie. Do głosu zaczął dochodzić rozsądek, który zagubiony wcześniej nie odwiódł nas od tej szalonej eskapady, która w takich warunkach atmosferycznych mogła się zakończyć tragicznie. Radość i satysfakcja przyszły później i trwają do teraz. Wracają zawsze, gdy przeglądamy zdjęciaJ

Krew, pot, ból i łzy… – wszystko było! Ale dziś to nie ma znaczenia. Daliśmy radę! Jesteśmy wielcy!

Dzięki wszystkim za wspólną przygodę!

W 2012 r., 2013 r. również weszliśmy na kamień, jednak zdecydowaliśmy się na wyprawy 2 dniowe, z noclegiem pod namiotami w pobliżu kamienia.

Gorąco Polecamy 😉

Mapki trasy:

Trolltunga 1 Trolltunga 2 Trolltunga 3 Trolltunga 4